To nie opowieść z podręcznika — to surowe, głębokie spojrzenie na młodego księcia Egiptu, dowódcę armii Kusz i wreszcie człowieka stającego przeciw potędze faraona.
Monumentalna opowieść o złocie i plagach, dworze faraona i głosie z płonącego krzewu. Mojżesz nie rodzi się prorokiem — staje się nim przez bunt, wygnanie, wojnę i czterdzieści lat pustyni.
Młody książę Egiptu, wychowany w cieniu tronu, odkrywa, że jego krew należy do niewolników, których miał trzymać w ryzach. Rozdarty między lojalnością wobec faraona a głosem sumienia, Mojżesz po raz pierwszy sięga po miecz — i zabija. Narodziny obrońcy, który jeszcze nie wie, czyim narzędziem się stanie.
Na wygnaniu w Kusz Mojżesz staje się tym, do czego ukształtowała go pustynia — wodzem. Prowadzi armie i uczy się, że bić się umie każdy głupiec z mieczem, lecz dowodzić potrafi niewielu. Zanim stanie przeciw faraonowi, musi nauczyć się prowadzić ludzi na śmierć i z powrotem.
Zaczęło się od laski — zanim spadła krew, zanim przyszły żaby, zanim Egipt nauczył się bać wschodu słońca. Mojżesz wraca do Egiptu nie jako książę, lecz jako głos, którego faraon nie chce słyszeć. Plagi, pojedynek woli i noc, po której Egipt już nigdy nie będzie ten sam.
Czterdzieści lat pustyni, wojny Zajordania i prorok pogan Bileam — droga do ziemi obiecanej wiedzie przez krew i wątpliwość. Mojżesz, już stary, prowadzi lud do granicy, której sam nie przekroczy. Finał sagi: człowiek z krwi i kości staje twarzą w twarz z własnym Bogiem i własnym końcem na górze Nebo.
Szczegółowo i realistycznie opisane starcia starożytnych armii, taktyki wojenne oraz realizm pola walki.
Unikalne połączenie faktów historyczno-biblijnych z niesamowitą wyobraźnią i rozbudowanym światem fantasy.
Bohaterowie z krwi i kości — pełni wątpliwości, pasji, kierowani honorem oraz mrocznymi pragnieniami.
Mityczne artefakty, boskie interwencje oraz pradawna siła, która zmienia losy całych narodów.
Na murach Kadesz Muwatalli czekał dwa dni na tę jedną chwilę. Nie krzyknął. Skinął tylko głową — i zza murów trzy i pół tysiąca rydwanów ruszyło z miejsca naraz.
To, co wylało się zza miasta przez bród na Orontesie, nie miało w sobie nic z porządku pieśni. Była to lawina. Ziemia drżała wcześniej, niż ktokolwiek zobaczył, co drży — a potem zza zakola rzeki wyszła ściana: konie w pianie, koła najeżone ostrzami, wojownicy Hatti wyjący w języku, którego nikt tu nie znał, a który każdy zrozumiał.
Dywizja Re nie została pokonana — nie zdążyła nawet stać się wojskiem, które można pokonać.
— Patrz na mnie! Do mnie! — Mojżesz brał ich jednego po drugim z rzeki uciekających. — Kto stanie tu, przy mnie, ten żyje. Kto biegnie dalej, ginie od tyłu, na oślep, sam.
I z bezładu, którym wszyscy inni gardzili jako straconym, lepił z powrotem coś, co przypominało ścianę. — Tarcza do tarczy! Nie patrz, ilu ich jest — patrz na kark tego przed sobą! Ten obok ciebie żyje tak długo, jak ty stoisz!
Bo strach, zupełnie jak odwaga, jest zaraźliwy — i wystarczy jeden spokojny człowiek pośród stu oszalałych, żeby stu poczuło, że może jednak jest coś prócz ucieczki.
Czterdziesty dzień wstał nad obozem taki sam jak trzydziesty dziewiąty — i to było najgorsze.
Bo gdyby góra zagrzmiała, gdyby obłok się rozstąpił, gdyby cokolwiek się zmieniło — lud miałby znak. Ale góra dymiła tak samo, obłok stał tak samo ciężki i zamknięty, a słońce przeszło przez niebo równie obojętnie jak nad każdym stadem, które pasie się i nie wie, że jest stadem.
Na wiązce patyków było czterdzieści nacięć. U jednych czterdzieści, u drugich trzydzieści dziewięć — i w tej jednej kresce różnicy mieściła się cała ludzka cierpliwość.
— Uczyń nam boga — powiedzieli. — Takiego, którego widać.
I ulali go sobie z kolczyków własnych żon, i tańczyli przed nim — a Bóg właśnie wtedy rył dziesięć słów na kamieniu, własnym palcem, na górze, która wciąż dymiła nad ich głowami.
Amalek nie budował murów. Przysięgali na pustynię — bo pustynia jest, pustynia nie kłamie i pustynia zabija tego, kto jej nie zna. To im starczyło za wiarę.
— Idą z bydłem, z dziećmi, z wozami — powiedział zwiadowca. — Możemy wziąć ogon i wrócić w wadi, zanim czoło w ogóle się dowie, że coś się stało z tyłem.
Nie była to bitwa i nikt jej tak nie nazywał. Jechali wzdłuż ogona kolumny, tam i z powrotem, przez piętnaście tysięcy kroków, i robili to samo, bez pośpiechu, bo nikt im nie przeszkadzał.
Dosięgli ich na samym ogonie — starców, dzieci, tych, którzy nie nadążali — zanim ktokolwiek z przodu w ogóle wiedział, że wróg jest wśród nich.
A ilu ich padło? Tej liczby nikt nawet nie próbował policzyć.
Żaby nie ustawały ani na chwilę. Wyszły z Nilu, z kanałów, ze stawów — wszędzie tam, gdzie była woda, a w Egipcie woda była wszędzie.
Tui przyszła do Meryt boso, z podkasaną szatą, brodząc przez żaby jak przez wodę.
— Usłyszą — powiedziała Meryt.
— Kto usłyszy? — Tui rozejrzała się po podwórku pełnym skrzeczących żab.
W pałacu było gorzej, bo pałac miał więcej podłóg do zalania.
Kapłani Heqet — bogini o żabiej głowie, patronki porodu i urodzaju — stali w świątyni po kostki we własnych świętych zwierzętach i nie wiedzieli, czy się kłaniać, czy uciekać.
Tam, gdzie nie sięga słońce, bo słońce jest zbyt młode, by tam sięgnąć, zebrali się ci, którzy pamiętają czas przed czasem. Nie mieli ciał — ciało jest darem, a im dar odjęto — więc byli obecni tak, jak obecny jest chłód w studni albo nienawiść w liście, którego jeszcze nie otwarto.
— Chorma — powiedział jeden, i słowo zabrzmiało jak kość pękająca pod stopą. — Weszli bez Arki, w gniewie, i Amalekita zepchnął ich ze wzgórz. Wystarczyło szepnąć: »udowodnijcie, że jesteście czegoś warci« — a poszli na rzeź, żeby to udowodnić.
— To nic — odrzekł Mastema, książę wrogości. — Ja im dałem cielca. Nie trzeba ich kusić do wielkich grzechów. Wystarczy poczekać. Sami się zdradzą.
Ale jeden z nich milczał, i jego milczenie było cięższe niż ich mowa. Był to Samael — nie największy ze strąconych dlatego, że najwięcej upadł, lecz dlatego, że najwyżej stał, zanim upadł.
Ten, który jako pierwszy odmówił pokłonu, gdy Bóg rozkazał wojskom niebios uklęknąć przed garścią gliny, którą nazwał człowiekiem.
I to on miał przyjść do Mojżesza — w ludzkim ciele, by dać mu cały świat za jedną cenę.
Jeśli pociąga Cię surowy, militarny świat podboju Kanaanu — sięgnij po „Miecz Jahwe”.
Przejdź do Miecza Jahwe